Wiele osób uważa, że podstawą bogactwa są albo wysokie dochody (zgodnie z zasadą im więcej zarabiasz tym bogatszy jesteś) albo bogata rodzina lub szczęście na loterii. Malcolm Gladwell w swojej książce Poza Schematem przekonuje z kolei, że o sukcesie zarówno zawodowym jak i finansowym decyduje największym stopniu przypadek – czyli aktualna sytuacja i miejsce w którym się znajdujemy.
Niestety dla większości z nas przytoczone przykłady albo są nieprawdziwe, albo zbyt abstrakcyjne. Tak samo prawdziwe jest stwierdzenie, że wysokie zarobki są drogą do bogactwa jak możliwe jest przeniesienie się w czasie i wybranie poza schematycznej drogi jednego z bohaterów książki Goldwell’a. Wszystkie te czynniki (oprócz wysokich zarobków, ale o tym zraz) są w zasadzie od nas niezależne więc jedyne co możemy zrobić to je pominąć.
Na początek zastanówmy się skąd biorą się pieniądze? Bardzo popularnym powiedzeniem jest to, że pierwszy milion trzeba ukraść. Jest ono tak samo prawdziwe jak szkodliwe zarazem. Niesie ono bowiem dwa ważne przekazy – pierwszy, że pieniądz robi pieniądz – w końcu wystarczy mieć milion i kolejne przyjdą już same. Drugi przekaz, ten szkodliwy czy wręcz nieprawdziwy jest taki, że nie ma innej drogi do zdobycia pierwszego miliona – można go tylko ukraść.
Oderwijmy się na moment od naszych realiów narodowych i sposobu dochodzenia w naszym kraju do pieniędzy dzięki biznesowi-politycznemu. Zastanówmy się raczej nad tym, co faktycznie możemy zrobić na co dzień, żeby zdobyć “pierwszy milion” i pozwolić naszym oszczędnościom zarabiać na kolejny.
Kluczem do sukcesu jest systematyczne oszczędzanie. Jest ono co prawda dodatnio skorelowane z wysokością naszych zarobków jednak patrząc na mentalność większości osób nie jest to aż tak znaczący czynnik jakby się wydawało. Systematyczne odkładanie nawet niewielkich kwot pieniędzy jest o wiele lepszym rozwiązaniem niż wydawanie wszystkich zarobionych pieniędzy czy życie w permanentnym zadłużeniu.
Zwróćmy uwagę na to, że jeśli żyjemy ponad stan i co miesiąc wydajemy całe zarobione pieniądze nasz stan majątkowy nie powiększa się – nie zależnie od tego ile zarabiamy! Owszem, zarabiając 10 tyś miesięcznie mamy lepszy samochód, zapewne droższe ubrania i lepsza wakacje – ale nasza sytuacja finansowa pod względem “rozwoju” jest dokładnie taka sama jak osoby która zarabia 2 tyś i również wszystko wydaje.
Spójrzmy na to z drugiej strony. Jeśli zarabiając 3 tyś zł miesięcznie będziemy regularnie odkładać 5 zł dziennie na osobne konto to po roku uzbieramy na nim 1825 zł + kilka złotych odsetek. W drugim roku odłożymy kolejne 1825 zł jednak oszczędności z pierwszego roku (patrząc na obecne lokaty) zarobią dla nas kolejne ~100 zł. Po dziesięciu latach na naszym koncie będzie już ponad 22 000 zł które będą dla nas zarabiać około 100 zł – 150 zł miesięcznie i to zakładając roczną stopę zwrotu zaledwie 5-5,5%.
Co jeśli w czasach prosperity zainwestujemy 6zł a roczna stopa zwrotu dojdzie do 10%? Policzcie sami. I to wszystko za 5zł dziennie czyli zaledwie 150 zł miesięcznie. Jeśli udałoby się nam zwiększyć pulę miesięcznych oszczędności do 10% naszej pensji (czyli dla średniej krajowej do 300,00 zł miesięcznie) po dziesięciu latach będziemy mieć nie 22 tyś a prawie 50 tyś zł.
I to wszystko w “zaledwie” 10 lat przy naprawdę niewielkim wysiłku. Jeśli do emerytury zostało Ci 20-25 lat oszczędzając systematycznie kilka złotych dziennie może nie dojdziesz do bogactwa, ale na pewno zapewnisz sobie o wiele lepszą emeryturę niż oferuje nam państwo.
Siła systematycznego oszczędzania tkwi w procencie składanym. W uproszczeniu – inwestując 1000 zł na 10% rocznie w pierwszym roku otrzymamy 100 zł, jednak dzięki zwiększeniu się puli (teraz mamy już 1100 zł) po kolejnym roku mając nadal zwrot 10% uzyskamy już nie 100 zł a 110 zł czyli 11% kwoty początkowej. Im większy wkład własny tym efekt (liczony w walucie, nie w punktach procentowych) jest bardziej interesujący.
Proponuje więc przeanalizować domowe budżety, policzyć nasze przychody i sprawdzić czy przypadkiem nie uda nam się oszczędzić i odłożyć kilku złotych miesięcznie. Na pewno się opłaci.
Systematyczne oszczędzanie to jak najbardziej dobra idea, to najprostsza i chyba najbezpieczniejsza droga do wolności i bezpieczeństwa finansowego.
Jednak dla uzupełnienia obrazu należy wspomnieć, że samo odkładanie pieniędzy nie wystarczy, trzeba się o nie jeszcze zatroszczyć. Zakładając nawet, że nie ryzykujemy naszymi oszczędnościami inwestując w mniej bezpieczne instrumenty finansowe takie jak np. akcje, należy pamiętać o działaniu inflacji, którą określa się mianem “cichego zabójcy oszczędności”. W tym roku inflacja w Polsce wynosiła ok. 3,5%, więc decydując się na bezpieczne formy oszczędzania takie jak np. lokaty, które średnio dawały ok. 6% zysku, po roku mamy portfelu ok. 2,5% realnego zysku (od tego trzeba odjąć jeszcze podatek Belki, choć nie dla wszystkich produktów).
Piszę o tym, bo nawet wśród tzw. bezpiecznych form oszczędzania, takich jak np. lokaty, są oferty, które mogą nas narazić na realne straty, poprostu dlatego, że zaoferowane oprocentowanie nie pokrywa nawet stopy inflacji. Takie oferty lokat można znaleźć np. w PKO BP, albo PEKAO S.A.
Jeszcze większą realną stratą byłoby pozostawienie oszczędności bez żadnego procentu na RORze albo co gorsza ich przejedzenie. O tym mało kto wspomina, kiedy mówi się że niektóre lokaty dają “realną stratę”,
[...] Systematyczne oszczędzanie – podstawa bogactwa – Na początek zastanówmy się skąd biorą się pieniądze? Bardzo popularnym powiedzeniem jest to, że pierwszy milion trzeba ukraść. Jest ono tak samo prawdziwe jak szkodliwe zarazem. Niesie ono bowiem dwa ważne przekazy – pierwszy, że pieniądz robi pieniądz – w końcu wystarczy mieć milion i kolejne przyjdą już same. Drugi przekaz, ten szkodliwy czy wręcz nieprawdziwy jest taki, że nie ma innej drogi do zdobycia pierwszego miliona – można go tylko ukraść. (…) [...]
Tak jak pisze domowy bank. Zapominasz o inflacji, a w jej przypadku procent skladany tez niezle dziala. Poza tym nie ma gwarancji ze nie przyjdzie kolejna zawierucha dziejowa i inflacja wyladuje w granicach kilkuset procent. Wtedy to co miales odlozone w gotowce mozna uzyc jako papieru toaletowego ( i w dodatku moze sie to okazac tansze).
Byla mniej wiecej taka opowiesc:
Pewna, starsza kobieta pchała taczkę wypełnioną markami, aby kupić bochenek chleba. Gdy obróciła się, ktoś ukradł jej taczkę, ale zostawił kupę bezwartościowych marek, które rozsypały się po całej ulicy.
Ponadto jakby na to nie patrzec oszczedzajac niewielkie sumy ( w Polsce ciezko inaczej pracujac na etacie) moze i uda sie odlozyc na samochod albo mieszkanie po kilkudziesieciu latach. Ale o rentierstwie i bogactwie mozna raczej zapomniec.
Co nie zmienia faktu ze jak najbardziej nalezy zarzadzac wlasnym budzetem, bo lepiej miec niz nie miec. Z tym ze nei ma co oczekiwac gruszek na wierzbie.
Ja się zgadzam z tym w 100%. Chodzi mi głownie o to, że nawet kiedy zarobimy 5% w ciągu roku, inflacja zje nam 3,6% – będziemy 1,4% na plusie (wiem że od małych kwot to niewiele bo z 1 000,00 zł dostaniemy ledwo 14 pln (chociaż takie liczenie jest “błędne” bo inflacja dotyczy wszystkich towarów a np papierosy i alkochol ją zawyżają – mają zdaje się 7-8%) więc jeśli ktoś np nie pali to jego “własna” inflacja jest nieco odmienna (niższa).
Chodzi o to, że ten sam 1 000 zł długu (pożyczka np na tylko 5%) jest realną stratą 5 pkt procentowych + 3,6 punktów inflacji (jak wyżej) więc w sumie stracimy 8,6%.
Wychodzi więc, że:
– mając 1000 pln = +1,4%
– nie mając nic = -3,6%
– mając 1000 pln długu = -8,6%
A dodając do tego procent składany mamy ciąg geometryczny który powiększa stratę / zysk
Więc jasne – inflacja jest ważna, ale ona tylko przesuwa poziom od którego jesteśmy na “zero” – nadal najważniejsze jest posiadanie oszczędności.