Wczoraj miałem okazję słuchać kolejnej audycji, kolejnego programu (tym razem w radiowej Trójce) w którym poruszano temat stopniowego podwyższania wieku emerytalnego mężczyzn i kobiet do 67 roku życia. Co ciekawe – sporo osób podchodziło do problemu ze zrozumieniem, ale jednocześnie krytykując instytucje ZUS’u jako taką (co zrozumiałe).

Zadziwiające było jednak to, że tylko jedna osoba, której udało się dodzwonić do radia, nie zakotwiczyła się na górnej granicy wieku ‚produkcyjnego’, a zwróciła uwagę również na to kiedy przyszły emeryt w wiek produkcyjny wchodzi. Nadal jednak było to założenie, że do pracy idzie się w wieku 25-30 lat i to na tej 5’letniej różnicy skupił się dzwoniący do radia. Dlaczego wszyscy zakładają, że zdolność do pracy osiąga się dopiero w wieku 25 lat?

Teza, którą będę chciał tu udowodnić to to, że większym zagrożeniem dla systemu emerytalnego są bezsensowne i niczym nieuzasadnione ambicje młodych ludzi (i popychający ich do tego rodzice), którzy kończąc szkoły średnie ponad wszystko przekładają wykształcenie, zamiast skupić się na pracy i rozwijaniu swoich zainteresowań z nią związanych, a nie zbyt niski wiek emerytalny.

Większość moich rówieśników rozpoczęło pracę zawodową w ciągu pierwszego roku po studiach czyli między 25 a 26 rokiem życia. Większość z nich poszła na studia „bo trzeba było”. Jeszcze więcej nie pracuje w wyuczonym zawodzie. Praktycznie nikt nie pracował w czasie studiów, a jeśli już to robił to raczej w ramach praktyk w czasie których niczego się nie uczyli będąc albo traktowani jako „przynieś wynieś pozamiataj”, albo będąc zwalniani do domu, żeby nie przeszkadzać – ale „za pieczątkę”.

Przez pięć lat ogromna grupa ludzi zamiast wypracowywać PKB i pracować na własne utrzymanie korzystała z „darmowego kształcenia”, za które płacimy wszyscy i żyła najczęściej na koszt rodziców. Ponieważ efekty tego są mizerne  – system kształcenia jest fatalny (poza nielicznymi zawodami typu lekarz, psycholog, prawnik czy niektóre kierunki inżynierskie) społecznie ogromna część tej grupy to obciążenie, a nie inwestycja w przyszłość.

Gdyby nie było takiego parcia na tak zbędne i w większości niepotrzebne „wyższe wykształcenie” (widać to dobrze np w branży IT gdzie większość firm 5-20 osobowych potrzebuje nie wykształconych magistrów informatyków tylko pasjonatów informatyki po kilkumiesięcznych kursach obsługi MS Exchange itp) realny czas pracy do osiągnięcia wieku emerytalnego wydłużyłby się o kilka lat. Można by wówczas podnieść wiek nie do 67, a np tylko do 66 lat – lub nie podnosić go wcale, a jedynie zrównać dla obu płci.

Wolimy jednak nadal bezsensownie kształcić się – nawet na kilku kierunkach na raz, piętnując jednocześnie tych, którzy idą inną drogą – wybierać jakiekolwiek kierunki – byleby mieć papier i zamiast pracować na wspólne dobro od 19 czy 20 roku życia (generując PKB) tracimy czas i pieniądze wszystkich podatników nie robiąc nic pożytecznego do 25 roku życia.

Może więc – zamiast podnosić wiek emerytalny – powinniśmy uświadamiać młodych ludzi jak wygląda rynek pracy i jakie umiejętności są potrzebne w przyszłej pracy, a pracodawcom dać do zrozumienia, że wpisywanie na siłę „wymagane wyższe wykształcenie” w ofertach pracy jest nie tylko bezsensowne, ale często bardzo zabawne*

* – z racji mojego zawodu dostaje raz na jakiś czas ofertę „pracy” (wyślij nam swoje CV etc) gdzie często wymagane jest wyższe wykształcenie. To co robię jest jednak na tyle specyficzne, że żadna uczelnia wyższa nie prowadzi nawet pojedynczych wykładów na ten temat, nie mówiąc już o kształceniu w tym kierunku. Jeszcze nigdy nikt nie odpisał mi na pytanie, jaki kierunek by ich najbardziej zadowolił, bo nie znam żadnego który przygotowuje do pracy w tej branży.