Sposób na spekulację

Sposobów inwestowania na giełdzie jest zapewne tyle samo co samych inwestorów. W zasadzie każdy, kto gra dłużej niż 3-4 lata wypracowuje swoją unikalną metodę – Ci, którzy nie grają tak długo albo dopiero zaczynają albo zrazili się porażkami i już nie grają. W ciągu ostatniego tygodnia mieliśmy okazję do zastosowania jednej z metod – czy skutecznych? Przekonajmy się.

Na początku zaznaczę od tego, że przez ostatnie cztery lata cierpliwie czekając można było w ten sposób na kilku sesjach wyrobić roczną normę i w zasadzie resztę roku przeczekać na lokatach (przeskakując inflację). Metoda ta mimo, że jest skuteczna to jest piekielnie nudna i nie ma gwarancji, że historia powtórzy się w przyszłości.

Przez ostatnie trzy lata (2008-2011) wykonywałem zaledwie kilka – kilkanaście transakcji w ciągu roku zachowując jednocześnie dodatni (co roku minimum 15%) zwrot z inwestycji. Co ciekawe – przynajmniej 5pp to wynik inwestycji w lokaty, a giełda to pozostałe 10pp. Jak to zrobiłem?

Przyznam, że nauczył mnie tego rok 2007 – jedyny do tej pory, który zamknąłem na minusie jeśli chodzi o GPW. Trochę ze strachu prawie cały 2008 rok przeczekałem „na gotówce” co okazało się później zbawienne. W tym samym czasie pieniądze leżały na całkiem nieźle oprocentowanych lokatach.

Końcówka 2008 roku na wykresie WIG20 to literka W – po wakacjach przyszła ogromna fala wyprzedaży (ponad dwukrotnie większa niż obecna) i jedna z moich ulubionych spółek – MCI, którą rok wcześniej kupowałem nawet za 6-8 zł spadła do 1,90 zł. Okazja? Czy spadający nóż?

Podobno nawet zwłoki (krowa czy co tam jest w jednej z miliona wersji tego „przysłowia”) zrzucone z wieżowca lekko się odbiją zaraz po uderzeniu „w dno”. I tak tez się stało – wówczas kupno MCI po 2,11 i sprzedaż po 2,80 było najlepszą inwestycją tego roku. Okazało się, że przez kolejne lata przynajmniej dwa razy w roku pojawiały się podobne okazje.

Wiem, że łapanie spadających noży to łamanie „zasad” zdrowego inwestowania, jednak z drugiej strony po każdej serii 8-10 spadkowych (mocno spadkowych) sesji zawsze jest jedna – dwie euforyczne „in plus”. Problem w tym skąd wiadomo, że to już ten moment? Tu pomaga dobra znajomość jednej – dwóch wybranych spółek i charakterystyki jej notowań. Moją ulubioną jest MCI i łatwo mi wyłapać po zachowaniu kursu czy to koniec spadków czy nie. Upewniam się w swojej decyzji obserwując notowanie pozostałych giełd w europie i kontraktów terminowych w USA (nasi zazwyczaj robią bezmyślnie to co reszta).

Oczywiście nie jestem nieomylny dlatego też zawsze w takich sytuacjach (jak w miniony poniedziałek) dzielę kwotę przeznaczoną na inwestycje na 2-3 części i kupuje uśredniając. W minionym tygodniu kupowałem zawsze w dwóch transzach.

Pierwszy zakup po 4,15 to praktycznie dolne widły MCI na tej sesji. Mimo wszystko kupiłem jedynie za połowę posiadanej kwoty i się opłaciło – notowanie akcjami zawieszono i przesunięto dolne widły do 3,70. Postanowiłem, że dokupię akcji za drugą część w okolicach 3,70-3,80. Kurs jednak nie spadł tak nisko a ja przegapiłem start „rajdu” i druga partia weszła dopiero za 4,30. Sprzedane z zyskiem po 4,55.

Podobnie było za drugim razem – kiedy kurs znowu gwałtownie spadł, ale dobre info z USA i nie taka tragiczna sesja na GPW wyglądały jak „ubijanie dna” – przynajmniej chwilowe – więc kupiłem ponownie – i ponownie się udało.

Zwróćcie uwagę na to, że sesji z tak dużymi zmiennościami jest tylko kilka – kilkanaście w roku (i to patrząc jedynie na obecny kryzys – wcześniej aż tak nie było). Patrząc na 5letni wykres Wig20 widać, że takich momentów w ciągu ostatnich czterech lat było raptem… około siedmiu.

Dlatego też na początku napisałem, że sposób ten to nie zwykłe łapanie spadających noży (raczej łapanie spadających trupów) i w dodatku jest bardzo nudne. Co więcej – nigdy nie wiadomo jak długo potrwa takie odbicie więc czasem trudno zmusić się do sprzedaży po ugraniu 10-12% zysku.

Muszę przyznać, że taka sprzedaż „na wznoszeniu” kilka razy mi się opłaciła, ale raz była poważnym błędem – kiedy sprzedając MCI po 2,80 cieszyłem się prawie 20% zrealizowanym zyskiem cena akcji dalej rosła i po roku przekroczyła 6,00 zł (czyli po prawie 300% zwyżce). Tak czy inaczej równie prawdopodobne w tamtym okresie było osunięcie się kursu w okolice 1,50 więc to 20% to i tak sporo.

W moim przypadku wygląda to tak, że zazwyczaj pieniądze trzymam na lokatach i kontach oszczędnościowych i dopiero po tygodniu ogromnych spadków zaczynam powoli zasilać konto brokerskie wyłapując moment na zakup.

Warto tu jeszcze wykorzystać intraday’ową zmienność notowań. W przypadku MCI często przy dnie pojawia się sesja gdzie kurs traci 8-12%. Zazwyczaj podbieram trochę akcji w tych okolicach (pod warunkiem, że mamy mniej więcej połowę sesji) bo prawie zawsze kurs nieco odrabia pod koniec sesji. Odrabiamy wówczas pieniądze na prowizje i – jeśli sesja w USA okaże się tą „pierwszą od miesiąca zieloną” następnego dnia mamy na starcie niemal pewne 4-5%.

Zdaje sobie sprawę z tego, że dla sporej ilości czytelników będzie to klasyczne łapanie spadających noży, ja jednak uważam że jest delikatna różnica między tym co ja robię, a między klasycznym kaleczeniem się spadającymi ostrzami. Szczególnie, że 80% moich inwestycji w MCI kończy się 6-12% zyskiem, a straty jeśli są – są niewielkie.

By | 2015-02-16T22:50:19+00:00 Sierpień 16th, 2011|Giełda, Główna|0 Comments

About the Author:

Paweł Choiński - autor bloga Podstawy-Inwestowania.pl.

Leave A Comment