Świat finansów, mimo że już od dawna uznawany za krwioobieg gospodarki, a co za tym idzie – ściśle powiązany z poziomem i stylem naszego życia – zdaje się być na nowo odkrywany przez tą część społeczeństwa, która do tej pory całkowicie go ignorowała. Pech chce, że ta ignroancja w oburzonych pozostała i przybiera coraz bardziej niebezpieczne – również dla naszych finansów – oblicze.

Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym, które od nadmiaru informacji aż kipi, które informacje przestaje interpretować, a jedynie przyswaja wiadomości w postaci zupek instant w takiej formie w jakiej je otrzymuje. Wynikiem tego jest nie tylko całkowity brak zrozumienia sytuacji gospodarczo-politycznej jaką mamy obecnie w europie, ale również brak podstaw myślenia i bzdurne powtarzanie obiegowych opinii czołowych ‚mentorów’, którzy jak mantrę snuja te same oklepane slogany o sytuacji gospodarki w europie.

Przykładem na to może być np Peter Shiff, który już w 2006 roku mówił o tym co się stanie, o tym że nadmierna konsumpcja i życie na kredyt zabije gospodarkę Stanów Zjednoczonych. Został oczywiście wyśmiany bo stał w opozycji do tego co należało myśleć – że jest super i nigdy tak dobrze nie było. Z drugiej strony trudno się dziwić – skoro w kolejny słoneczny dzień pojawia się człowiek, który mówi że będzie padać z chmur, których jeszcze nie widać, kto będzie sobie zawracać głowę trudem myślenia i zrozumienia istoty powstawania frontów atmosferycznych?

Takich przykładów są setki. Jeszcze rok temu pisanie o drugiej fali kryzysu było passe, a Ci którzy pisali o bankructwie niektórych stanów USA i państw europejskich wrzucani byli do tego samego worka co tropiciele teorii spiskowych.

Dziś o bankructwie Grecji czy Włoch mówią już nawet rządzący. Tylko co z tego, skoro nadal jest to „choroba, która może się rozlać na inne kraje europy”? Przecież to nie jest tak, że europa jest zdrowa, a zła Grecja i Hiszpania ciągną ją w dół. Wszystkie kraje w Europie są chore! Wszystkie się zadłużają coraz bardziej, płacą coraz więcej za obsługę długu i nie mają w planach redukcji swoich zobowiązań. PIGS’y są jedynie tymi, które już z powodu tej chroby ledwo żyją, ale początki raka widać w każdym europejskim kraju.

Jesteśmy zieloną wyspą.

Tak przynajmniej wyglądamy na tle innych krajów europy. Wyróżniamy się również w podobny sposób na wykresie najszybciej zadłużających się państw na świecie. Jak w takiej sytuacji można mówić o byciu „zieloną wyspą”?

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Przychodzę do mojego domu raz w miesiącu z nowym sprzętem AGD. Dziś nowa plazma 75″, w przyszłym miesiącu zestaw kina domowego, za dwa miesiące nowy system inteligentnych urządzeń do kuchni etc. Po roku moja narzeczona – uradowana, że na tle sąsiadów jesteśmy zieloną wyspą zagląda na konto, a tam dług z 40 tys wzrósł do 80 tys. Pyta więc, skąd to zadłużenie, ale szybko uspokaja się – przecież mamy lepiej niż pozostali! Znaczy, że robimy dobrze. Sytuacja ta powtarza się co roku, ale przecież mamy nowy samochód, nowy dom, jesteśmy dobrze ubrani i mamy wszystko czego nam trzeba. I dług – ciągle wyższy i wyższy.

Problem polega natym, że członków naszej rodziny nie bardzo mamy jak opodatkować więc takie postępowanie szybko by się skończyło bankructwem. Z państwem jest inaczej – ma bardziej regularne dochody i może podnieść podatki przez co nie tak szybko wpada w spirale zadłużenia, ale jak już wpada… Pytanie tylko czy podniesienie podatków to dobra droga?

Każdy kto wie jak zarządzać budżetem domowym zdaje sobie sprawę z tego, że nieważne ile się zarabia – ważne ile nam z tego co zarobimy zostaje. Jeśli wydajemy więcej niż zarabiamy to nieważne ile wpływa na nasze konto. Unia Europejska niestety zdaje się nie być tego świadoma i zamiast ciąć wydatki – podwyższa podatki. Skoro sama podwyżka podatków ma pomóc to może od razu zwiększmy podatki do 100% i będziemy żyć w raju!

Zdaje się, że w minionym stuleciu część europy miała taki model biznesowy i nie do końca się to sprawdziło…

Za wszystko zapłacimy sami.

Naprawdę nie ma darmowych obiadów! Szkoda tylko, że najmłodsze pokolenie „oburzonych” zdaje się tego nie widzieć. Podłapali tylko hasło „bankierzy na Madagaskar” i krzyczą na całym świecie socjalistyczne brednie. Grecy protestują przeciwko cięciom, Hiszpanie chca od rządu zapewnienia pracy i płacy. Co ciekawe – zupełnie co innego deklarują „oburzeni” w USA z tą różnicą, że tam wszyscy udają że ich nie widzą.

Winny jest oczywiście „kapitalizm”, którego w czystej formie dawno nikt na świecie nie widział. Wszędzie coraz większe regulacje, coraz wyższe obciążenia podatkowe i coraz mniej czasu na czynności inne niż praca.

Na szczęście Unia Europejska nas uratuje! Zredukuje się dług Grecji o 60% i będzie po problemie (co tam Hiszpania która jest w jeszcze gorszej sytuacji). Banki odbiją sobie straty na klientach (nas wszystkich), a jak im się nie uda to się je dokapitalizuje (z pieniędzy podatników – czyli nas wszystkich).

Tylko, że lepiej nie będzie bo wbrew pozorom to czego chcą protestujący europejscy ‚oburzeni’ to dokładnie to samo co robią rządu UE – coraz większy socjal, coraz wyższe podatki i brak cięć i oszczędności budzetowych.

Co dalej?

Kilka lat temu miałem okazję czytać bardzo ciekawa i jak się okazuje – z coraz większym prawdopodobieństwem bardzo proroczą – książkę Frijtof’a Capry „Punkt Zwrotny”. Autor opisuje w niej między innymi rozwój poszczególnych cywilizacji rozbijając czas ich trwania od powstania do upadku na etapy. Jednym z wniosków jaki wyciąga jest to, że cywilizacja w której obecnie żyjemy chyli się ku upadkowi.

„partie republikanów i demokratów w Stanach Zkjednoczonych jak również tradycyjna prawica i lewica w większości krajów europejskich oraz przeważająca liczba naszych instytucji akademickich – wszystkie należą do kultury chylącej się ku upadkowi”.

Co jeśli miał rację? Co jeśli jest już za późno żeby naprawiać system finansowy europy i USA? Co jeśli oburzonych będzie więcej i co jeśli – zamiast szerzyć ideę odpowiedzialności za samego siebie – będą chcieli „dostać to co im się należy”? W historii – szczególnie naszego kontynentu – było już kilkanaście podobnych sytuacji, które często nie kończyły się „happy endem”.

Bezpieczeństwo i bezpieczeństwo.

Coraz częściej zaczynam dochodzić do wniosku, że przyszłość to nie – duże zyski, a bezpieczeństwo naszych finansów. Ważniejsze powoli staje się utrzymanie dodatniego bilansu przychodów i rozchodów (szczególnie przy zwiększających się obciążeniach podatkowych), a nie generowanie coraz większych zysków np na lokatach. Ważniejsze będzie utrzymanie stałości wpływów – nawet jeśli będzie ich niewiele, ale z wielu źródeł, niż utrzymanie jednego niepewnego, ale dużego źródła zarobków. Ważniejsze będzie czerpanie jak największych korzyści z jak najtańszych źródeł.

Jedno jest pewne – czas bezpiecznych inwestycji długoterminowych mija bezpowrotnie. Mniej będziemy mieli rentierów, coraz większa przepaść będzie pomiędzy klasami najbogatszą i najbiedniejszą i tylko od nas samych zależeć będzie, w której grupie się znajdziemy.