Planowanie finansów w perspektywie dłuższej niż najbliższy miesiąc jest nie tyle trudne co mało popularne. Kiedy rozszerzymy ten zakres do kwartału lub nawet roku okazuje się, że nie tylko finanse domowe większości rodzin są problemem bo nawet nasze ministerstwo finansów czy zarządy dużych firm mają problem z planowaniem zysków i strat w tak długim terminie.

Nasze budżety domowe mają zazwyczaj datę ważności jeden miesiąc. Mimo to okazuje się, że kiedy chodzi o zaciąganie kredytów, pożyczek i planowanie bardzo odległej przyszłości jesteśmy mistrzami (co niestety często mija się z prawdą) w jeśli chodzi finanse.

Wystarczy przyjrzeć się dyskusjom na finansowych forach dyskusyjnych. Większość osób zakłada, że z czasem będzie więcej zarabiać dzięki czemu za jakiś czas rata kredytu, która obecnie zjada nam 60% dochodów, nie będzie już tak uciążliwa. Z grubsza jest to dobre założenie – zazwyczaj z wiekiem i wzrostem doświadczenia rosną nam również zarobki. Niestety nijak się to ma do zasobności naszego portfela.

Kiedy podejmowałem swoją pierwszą pracę, jeszcze jako student (pomijam prace dorywcze) moja pensja wynosiła około 750 zł plus dodatki – razem jednak rzadko przekraczało to 1 000 zł. Żyłem wówczas jak król – zarobione pieniądze starczały mi na bilety na koncerty, częste wizyty w barach, podróże etc.  Przypominam, że byłem wówczas studentem na utrzymaniu rodziców – nie musiałem więc martwić się ani o rachunki ani o jedzenie ani o czesne ani nawet o bilety MPK – wszystko opłacali mi rodzie.

Kilka lat później moja pensja (w kolejnej pracy) doszła do okolic 1600 – 2100 zł jednak moje warunki życiowe nie uległy zmianie. Wyprowadzka na własne – a raczej na własny – pokój i jednoczesne przejście na samodzielne utrzymanie zjadały mniej więcej tyle o ile więcej zarabiałem w porównaniu z pierwszą pracą. Następna praca dała mi już mniej więcej nieco ponad średnią krajową, a ponieważ miałem nienormowane zarobki to zdarzało się zarabiać i 2-3 średnie krajowe. Jednak mieszkanie u kogoś w pokoju, szczególnie że nie mieszkałem już samemu, nie były zbyt komfortowe.

Pojawiły się kolejne wydatki – wynajem kawalerki i płacenie pełnych rachunków, koszty związane z posiadaniem samochodu, wymóg lepszego ubioru (praca zobowiązuje) a i na wakacje już nie chce się jeździć pod namiot tylko przynajmniej „na pokoje” etc etc.

Oczywiście zakładam, że to nie koniec wzrostu moich zarobków – liczę, że po tym jak kryzys minie na dobre a gospodarka zacznie się rozkręcać moje miesięczne dochody wzrosną o kolejny tysiąc lub dwa. Jest jednak szansa, że w moim życiu pojawi się ktoś trzeci, kto od swych pierwszych dni skonsumuje przynajmniej połowę wspomnianej nadwyżki – a to będzie dopiero początek!

Do czego zmierzam?

Chce pokazać jak zwodnicze może być samo założenie, że nasze przychody z czasem będą rosnąć. Sam fakt wzrostu zarobków jeszcze o niczym nie świadczy bo często równomiernie rosną nasze zobowiązania. W opisanej przeze mnie historii zmieniło się wiele, a miesięczny przychód wzrósł przynajmniej 3-krotnie jednak tak jak kiedyś nadal stać mnie jedynie na odłożenie 450-500 zł miesięcznie tak, żeby nie absolutnie nie zaniżać standardu życia i w miarę możliwości niewielu rzeczy sobie odmawiać.

Jaki więc jest sens zakładania, że w przyszłości nasza zdolność do spłacania rat kredytu wzrośnie? Owszem, zarobki wzrosną ale nasz standard życia, oczekiwania i zobowiązania również będą coraz większe. Jeśli więc dla ktoś pracującego od 2-3 lat obecna rata kredytu jest mocno uciążliwa najprawdopodobniej będzie uciążliwa i za 10-15 lat chyba – że z czegoś w życiu zrezygnuje – a nie zawsze się da.

Niestety – jak napisałem na początku – większość z nas radzi sobie jedynie z planowaniem budżetu na najbliższy miesiąc, a kiedy pojawia się perspektywa wieloletnia (wymuszona) przy kredytach czy innych zobowiązaniach zaczynamy bardziej projektować nasze marzenia o przyszłych przychodach, a nie racjonalnie oszacować możliwości spłaty przyszłych rat kredytów czy pożyczek.

Warto wziąć to pod uwagę przy planowaniu większych zakupów np nieruchomości, samochodów czy zaciąganiu niezliczonej ilości kredytów.