W styczniu 2017 roku inflacja r/r (czyli rok do roku) wyniosła 1,8%, a m/m (miesiąc do miesiąca) 0,4%. Oznacza to, że w styczniu ceny były wyższe o 1,8% w porównaniu ze styczniem 2016 roku i o 0,4% w porównaniu do grudnia. Tylko co to tak naprawdę oznacza dla zwykłego konsumenta?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy zajrzeć nieco głębiej do tzw koszyka inflacyjnego – czyli bardziej szczegółowego wykazu co i o ile zdrożało.  Najbardziej drożeje transport (aż o 9%) i żywność (o 3,3%) czyli wydatki, które obciążają około 1/3 budżetu domowego statystycznego Polaka. Z drugiej strony są odzież i obuwie, które potaniały przez ostatni rok średnio o 5,4%. Szczegółowe informacje znajdziecie w tabelce poniżej (lewa kolumna to zmiana w stosunku rocznym, a prawa w miesięcznym).

Koszyk inflacyjny jest tak zbudowany, żeby uwzględniać wagę poszczególnych kategorii. I tak za inflację konsumencką (czyli to 1,8% r/r) w 24,36% odpowiadają żywność i napoje bezalkoholowe, które mniej więcej stanowią 1/4 wszystkich wydatków przeciętnego gospodarstwa domowego.

Oczywiście każdy ma swój własny koszyk inflacyjny. Zazwyczaj jednak im większe dochody tym mniejszy procentowy udział wydatków na żywność. Jeśli np ktoś wydaje nawet 100zł na każdy z trzech posiłków dziennie to przy zarobkach 60 czy 80tys zł udział wydatków w skali miesiąca jego wydatki na żywność nie przekroczą 15% całości.  Z kolei wśród najbiedniejszych wartość ta może wynieść nawet 60-70% wszystkich wydatków.

Jak inflacja wpływa na nasze oszczędności

Najprościej rzecz ujmując – inflacja zjada nasze oszczędności. Jeśli trzymamaliśmy na nieoprocentowanym koncie 1000 zł przez ostatni rok to (robiąc ukłon w kierunku wskaźnika Big Maca) na początku mogliśmy kupić za tę kwotę około 111 Big Maców (chociaż nie polecam… ), a w tej chwili już tylko 107 i pół. Mniej więcej o tyle spadnie wartość posiadanych przez nas pieniędzy.

Moglibyśmy trzymać całą kwotę np na oprocentowanej lokacie, ale jeśli dawała nam zysk nie większy niż 2,2% w skali roku to i tak realnie możemy kupić mniej tuczących kanapek. Dlaczego? Jeśli po roku nasza lokata przyniesie nam np 2% zysku czyli 20zł – to po odliczeniu podatku Belki na nasze konto wpadnie 1016,20 zł za które kupimy 109 i jedną trzecią kanapki – czyli mniej niż przed rokiem.

To wszystko oczywiście w dużym przybliżeniu. Tak naprawdę przez więszkość 2016 roku inflacja była ujemna (tzn, że wartość naszych oszędności rosła nawet jeśli były nieoprocenotwane). Niestety od grudnia ceny zaczęły gwałtownie rosnąć, a wszystko wskazuje na to że to jeszcze nie koniec. Jakby tego było mało na ostatnim posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała o utrzymaniu stóp procentowych na obecnym poziomie.

Stopy procentowe mają bezpośredni wpływ na oprocentowanie depozytów tak więc w najbliższym czasie nic się na rynku nie zmieni – co oznacza, że w najlepszym wypadku lokaty i konta oszczęnościowe będą nam jedynie chronić oszczędności przed inflacją, a nie dadzą (albo dadzą bardzo mały) realnego zysku.

Na dłuższą metę inflacja szkodzi

Inflacja wpływa między innymi na przychody budżetu związane z podatkami pośrednimi (VAT i wszelkie akcyzy). Zwiększają się kwota brutto inwestycji, ale kwota netto (realny zysk) jest nieco mniejszy przez co firmy płacą większe podatki, ale zarabiają nieco mniej. Sama inflacja jest zresztą formą podatku, którą płacą posiadający oszczędności tym, którzy emitują pieniąż (w tym wypadku jest to państwo).

Niektórzy twierdzą, że w ten sposób rząd Grecji przed wejściem do strefy euro opodatkowywał szarą strefę. Tracąć możliwość emisji pieniądza (po wejściu do strefy) spadły im przychody co miało być jednym z powodów utraty płynności finansowej.

Długotrwałe skutki inflacj najlepiej opisał na Robert Gwiadowski na swoim fanpage na facebooku:

 

Długoterminowe skutki inflacji dla gospodarki są opłakane. Milton Friedman podkreśla, że dla organizmu gospodarczego jest ona chorobą podobną w przebiegu i skutkach do alkoholizmu dla Kowalskiego. Początkowe niedomagania wynikające ze stanu alkoholowego/pieniężnego upojenia najlepiej kuruje się „klinem”, czyli nową dawką alkoholu/pieniędzy. Poprawa samopoczucia jest wówczas natychmiastowa, ale kolejna zapaść jeszcze większa niż poprzednio i wymagająca większej dawki „lekarstwa”.

Jedynym antidotum na alkoholizm jest powstrzymanie się od picia, a na inflację – od drukowania „pustych” pieniędzy. Inflacyjny wzrost cen ma jedno źródło: rząd drukuje pieniądze, by pokryć zwiększone wydatki państwa, opłacić „pokój społeczny” i zrewanżować się własnej klienteli wyborczej. I tak, jak z alkoholizmem: niektórzy ludzie zaczynają gustować w inflacji, nawet jeżeli nie lubią jej skutków. Jak wszyscy nałogowcy nie chcą poddać się nieprzyjemnej kuracji i oczekują od rządu kolejnego „klina”.

Tego typu metody „lecznicze” muszą jednak się skończyć tragicznie: dla Kowalskiego delirium tremens, a dla gospodarki hiperinflacją i katastrofą taką, jaka miała miejsce w Polsce w roku 1989. Spiralę inflacji łatwo bowiem nakręcić, ale niezwykle trudno ją powstrzymać, gdy już zacznie się sama „rozkręcać”.

Jeśli więc inflacja się utrzyma (a istnieje ryzyko, że nie tylko się utrzyma ale i wzrośnie) inwestycje w lokaty i konta oszczędnościowe przestaną przynosić zyski, a będę jedynie rekompensować straty spowodowane wzrostem cen. Podniosą się jednak przychody podatkowe budżetu (ale nie zyski przedsiębiorców!) co może być błędnie interpretowane jako poprawa stanu całej gospodarki. Pozostaje nam jedynie czekać na kolejne posiedzenia w NBP i decyzje RPP, które wpłyną nie tylko na nasze oszczędności, ale mogą mieć długofalowy wpływ na gospodarkę.