Co jakiś czas w mediach pojawiają się informacje o osobach, które z powodu “oszustw” instytucji finansowych straciły swoje pieniądze. Zgodnie z ogólnym poglądem w artykułach i reportażach jako głównych winowajców podaje się banki i inne instytucje finansowe.
W ostatnim czasie oprócz “nabitych w mBank”, problemach dostępem do środków w Polbankiem (za pośrednictwem internetu) oraz naciąganych lokatach i kontach oszczędnościowych możemy przeczytać między innymi o kobiecie, która przez firmę doradczą OpenFinance miała stracić 160 tyś zł z powodu błędu w formalnościach (cała historia tutaj).
Wszystkie te sytuacje, mimo iż od strony “moralnej” czy zwykłej “uczciwości” do godnych poparcia czy tym bardziej bronienia instytucji w nie zamieszanych nie należą – dałoby się ich uniknąć gdyby “oszukani” klienci mieli nieco większą wiedzę o tym co robią lub gdyby po prostu… przeczytali regulamin świadczonych usług.
Czytaj regulamin!
Wielu z nas jest bardzo mocno przywiązanych do swoich kont bankowych. Z własnego doświadczenia wiem jak ciężko niektórym zmienić bank – bliska mi rodzina posiada (wszyscy) konta w banku, który pobiera co miesiąc opłaty za prowadzenie ich kont – w sumie jest to (4 osoby) około 32 zł miesięcznie. Do tego dochodzą opłaty za przelewy – niewielkie, ale w sumie wychodzi tego dodatkowe 12-15 zł miesięcznie. Do tego dochodzą opłaty za karty debetowe i mała ilość bankomatów co w rezultacie kosztuje rodzinę (w sumie) prawie 900 zł rocznie.
Sytuacji takich jak wyżej jest zapewne cała masa – kto jest temu winien? Zakładam, że sporo osób obwini bank jako żerującego na biednych ludziach krwiopijcę. Problem polega jednak na tym, że wszystkie wymienione wyżej opłaty widnieją w tabeli opłat i prowizji ich banku, a wspomniana rodzina podpisała umowę, w której wyraźnie widnieje zapis że są świadomi ewentualnych kosztów związanych z prowadzeniem i utrzymaniem konta.
Pomijając już koszty psychologiczne i zwykły brak czasu (przeniesienie kont wszystkim członkom rodziny wraz ze wszystkimi konsekwencjami wymaga trochę organizacji i przede wszystkim czasu) na zmianę konta – sami są sobie winni utraty 900 zł rocznie na zupełnie niepotrzebne opłaty bankowe.
Praktycznie każdy bank na naszym rynku posiada w swoich tabelach dodatkowe tzw “ukryte” (a jednak dostępne dla każdego w internecie) opłaty związane ze świadczonymi usługami.
Jednym z przykładów może tu być opisane na łamach Podstaw Inwestowania (konto Wyjątkowe i lokata Każdy Dzień Dobry) gdzie dokładnie opisane jest ile faktycznie kosztować nas będzie otwarcie lokaty “Każdy Dzień Dobry” i jakie są ukryte koszta związane z “Kontem Wyjątkowym”. Ciężko tu mówić o jakimś wyrafinowanym oszustwie – wystarczy przeczytać regulamin obu usług (zajmie nam to około 15min) i już wyraźnie wszystko widać. Tylko kto z nas czyta regulaminy?
Nabici w regulamin
Głośnym echem odbił się w Internecie przypadek klientów mBanku, którzy zaciągnęli w banku kredyt i podpisali umowę w której wyraźnie napisane było, że bank może policzyć sobie odsetki od udzielonego kredytu zgodnie z własnym widzimisię.
Oczywiście nie popieram takich praktyk i uważam, że nie powinny mieć miejsca, ale jak można mieć pretensje do banku skoro zapis o odsetkach został zapisany w umowie którą sami podpisaliśmy? “Nabici w mBank” sami są sobie wini. Jak można było zaciągnąć kredyt hipoteczny, w wielu wypadkach spłacany przez kolejne 30 lat, na grube tysiące złotych i nawet nie przeczytać umowy?
Nabici w doradcę
Ponieważ jesteśmy narodem, który w większości nie umie nawet policzyć odsetek od lokat. Dowodem na to jest np tegoroczna próbna matura, na której zadanie dotyczące obliczania zysku z inwestycji, które dla ułatwienia nie wymagało obliczenia podatku ani uwzględniania inflacji, zostało uznane za trudne!
Skoro nawet młodzi, którzy mają do czynienia z matematyką na co dzień nie radzą sobie z procentami chyba nikogo nie zdziwi dorosła (podobno odpowiedzialna) osoba, która nie umie obliczyć ROI kredytu, podatku czy prowizji bankowych.
Konsekwencją tego jest sposób w jaki traktujemy doradców. Zamiast przychodzić do nich po dodatkową wiedzę, która pozwoli podjąć nam najlepszą z naszego punktu widzenia decyzję dotyczącą naszych finansów, traktujemy doradców jak wyrocznie i pozwalamy na decydowanie o tym co będzie się działo z naszymi pieniędzmi.
Zapominamy, że doradcy owszem doradzą nam odpowiedni produkt – ale jedynie z puli produktów instytucji z którymi mają podpisane umowy o współpracy! Nie dostaniemy więc nigdy produktu najlepszego na rynku, tylko najlepszego na “półce”.
Oczywiście doradcy zabezpieczają się przed ewentualnymi stratami odpowiednimi klauzulami w umowach / regulaminach itp ale generalnie wina leży po naszej stronie. Nie zależnie od tego kto zadecyduje o naszych finansach zarówno straty i zyski z tym związane dotyczyć będą tylko nas samych!
Marne zyski z lokat
Konsekwencją braku wspomnianej już umiejętności obliczania zysku z niektórych inwestycji oraz nieznajomość podstawowych zasad jest bardzo często poczucie bycia oszukanym przez banki. Za idealny przykład mogą tu posłużyć lokaty bankowe, których zysk nigdy nie jest taki jak nam się początkowo wydaje.
Po pierwsze – bardzo niewiele osób rozumie czym jest “zysk w skali roku”. Żyjemy w przeświadczeniu, że 3 miesięczna lokata na 5% w skali roku da nam po 3 miesiącach 5% zysku. Jak rozczarowany musi być taki człowiek, który inwestując 1000,00 zł w taką lokatę zamiast 50,00 zł po 3 miesiącach otrzyma… 10,03 zł
Niestety – po raz kolejny bank jest górą. Wszystko jest w porządku – to my nie doczytaliśmy, że “w skali roku” oznacza oprocentowanie dla rocznej inwestycji, a skoro inwestujemy na 3 miesiące – otrzymamy 1/4 oprocentowania. Dodatkowo odliczony zostanie nam podatek belki (~19%) który dodatkowo zaniży naszą kwotę. Niestety wszystko jest zgodnie z regulaminem świadczenie usług bankowych.
Im więcej wiesz tym mniej stracisz.
Niestety jak w każdej dziedzinie życia – im więcej wiesz tym lepiej na tym wychodzisz. Wiedza o finansach, mimo że dla wielu z nas nie potrzebna lub zbyt “trudna” do przyswojenia jest konieczna do opanowania chociaż na poziomie podstawowym – oczywiście pod warunkiem, że zależy nam na uniknięciu ewentualnych strat czy rozczarowań w kontaktach z instytucjami finansowymi.
1.Regulamin standard
2.W doradcę ? doradca inwestycyjny to osoba której płacimy , jeśli płaci bank/ubezpieczyciel itp. to jest to sprzedawca produktów finansowych.
3.Na ostatni pkt to chyba tylko prezes PKO BP liczy przy ofercie depozytowej
Nie zgodzę się tylko z tym, że doradca inwestycyjny musi być opłacany przez nas, żeby być “doradcą” a nie “sprzedawcą”.
Większość instytucji finansowych posiada podobnej jakości produkty i cała sztuka polega głównie na odpowiednim dobraniu sposobu (rynku) inwestycji. Doradca siedzi z Tobą przynajmniej raz – dwa razy na kwartał i omawia to co się stało i to co się przewiduje, że się stanie. Sprzedawca po prostu sprzeda produkt i zniknie.
Ale rozumiem negatywne podejście do doradców